niedziela, 1 stycznia 2017


NA POCZĄTKU BĘDZIE RÓŻEWICZ... (II)






Mowa stanowi esencję człowieczeństwa, ale bywa, iż "gadulski brud", niepohamowany język, podłości dobywające się z ust głupiego, stają się źródłem grzechu; św. Antoni Eremita, wskazując ową grzeszność "rozwiązłego" języka, pouczał:

         Wszystkie rany są do uleczenia, ale rana, którą język zadaje, jest nieuleczalna. [...] Połóż palec na swoich ustach i załóż wędzidło na swój język, bo człowiek wielomówny nigdy w sobie nie znajdzie miejsca, w którym by mieszkał Duch Święty.

                               (Cyt. za: R. Przybylski, Pustelnicy i demony, Kraków 1994, s. 86)



Próżna gadanina przeszkadza w skupieniu ducha. "Dla mnie zamknięte usta / są najpiękniejszym krajobrazem" - powie "ja" autorskie w poemacie Różewicza pt. Francis Bacon czyli Diego Velazquez na fotelu dentystycznym ("zawsze fragment. recycling", s. 5). "Pustych słów nie wymawiaj i nie słuchaj człowieka, który wymawia puste słowa, abyś nie zapieczętował nimi własnej duszy" - mawiał św. Antoni (Przybylski, op. cit., s. 111). Ryszard Przybylski uważa, iż na tym właśnie polega odpowiedzialność za słowo:


          W permanentny kryzys duchowy, który trwa nieustannie od wielu stuleci, człowiek cywilizacji chrześcijańskiej wpadł właśnie wskutek tego, że ciągle źle czyta i ciągle źle mówi. Wartość mowy [...] zależy od jakości milczenia. Jaki jesteś w celi myślącego ciała, taki też jesteś, kiedy otwierasz usta na rynku do swoich współobywateli.

                               (Przybylski, op. cit., s. 112)


Wargi, język, zęby, podniebienie - ich obrazy obsesyjnie powracają w poezji Różewicza (inc. W katedrze, Acheron w samo południe, Leda, Otwierały się drzwi, inc. drze się miękko, Regio, Bez tytułu, Opowiadanie traumatyczne, Tate Gallery Shop). Z jednej strony jest to ten tak niemiłosiernie materialny aparat mowy, za pomocą którego co dzień pożeramy kawałek świata, aby istnieć. "Zabezpieczenie naszego życia - pisze Ryszard Przybylski - odbywa się dzięki ustom i mowa jest stypą po bezustannym pogrzebie świata, unicestwianym w ustach. Nierozerwalny związek egzystencji ludzkiej i mowy zaczyna się w ustach (Przybylski, op.cit., s. 88). Dlatego w cytowanym tu już poemacie Różewicza Francis Bacon... poeta przypomni, z jednej strony, iż tak bliski mu "Franz Kafka bał się otwartych / ust i zębów pełnych mięsa i złotych koronek / umieściłem to w sztuce Pułapka". Z drugiej zaś strony, otwierając usta nawiązujemy nić kontaktu ze światem, "otwarte usta" mogą być zarówno wyrazem zachwytu, jak i przerażenia tym, co w danej chwili widzimy, na co się "otwieramy": "płynąłem / przed siebie bystro / z otwartymi ustami / zawróciłem / przerażony obrazem / który na mnie czekał / rósł" (Acheron w samo południe, "Twarz trzecia" 1968). Toteż zamykając usta, przerywamy nić kontaktu, która nas łączy ze światem, ale - nie bez pewnych pożytków - otwieramy się bowiem na własne wnętrze:


               z zamkniętymi ustami
                   wracałem do źródła
                   woda była czysta żywa
                   płynąłem zaciskającym się
                   jak gardło korytem
                   w siebie

                                              (Acheron w samo południe


 Zamknięte usta. Zamilknięcie. Milczenie. To tropy powtarzające się w poezji Różewicza na przestrzeni lat kilkudziesięciu (Nazywam milczeniem, Świadek, Rozmowa, Versacka elegia, Wiersz, Zwierciadło, Przypomnienie). W żadnym wypadku nie oznaczają tu one śmierci - kresu fizycznej egzystencji. Stanowią natomiast szansę, możliwość poznania samego siebie. Milcząc nie przestajemy myśleć - mówić w sobie. Św. Augustyn w studium O nauce chrześcijańskiej rozróżniał "słowo noszone w sercu", pomyślane, ale niewypowiedziane, od słowa, które "staje się dźwiękiem" (Przybylski, op. cit. , s. 92). U Jana Damasceńskiego w Wykładzie wiary prawdziwej rozróżnienie to będzie bardziej dopracowane. Słowo wewnętrzne, logos endiathetos jest:


          [...]  psychicznym procesem dominującym we władzy rozumowania i nieujawnionym na zewnątrz za pośrednictwem głosu. Stąd to bywa, że w milczeniu rozprawiamy o czymś długo w swoim wnętrzu (a także w snach myślą rozmawiamy). Jest to główna przyczyna, która stanowi o tym, że jesteśmy istotami rozumnymi.

                                                (Przybylski, op.cit., s. 92)



Natomiast słowo zewnętrzne, logos prophorikos,


               [...] wydajemy z siebie za pomocą języka i warg, skąd też bierze swą nazwę. Jest ono wykładnikiem myśli. Z tego względu jesteśmy istotami mówiącymi. 

                                               (Ibid.)


Zatem staje się jasne, iż Różewicz miał rację twierdząc, że mogą istnieć takie wiersze, które "żyją w poecie" (inc. poezja nie zawsze), nie wyciągane przezeń "z ciemnej głębiny / na płaski brzeg / rzeczywistości" (inc. Próbowałem sobie przypomnieć). "Żyją" jako owa "mowa wewnętrzna", tak często zagłuszana u przeciętnego śmiertelnika przez jazgot świata, przez "gadaninę":


                    zagubieni między gadułami,
                    wśród nocy, możemy tylko nienawidzić
                    pozorów światła,
                    jakie niesie gadanina


                   [...]

                   gadając straciliśmy godność
                   i powagę zwierząt
                   wprowadzamy nieład
                   między rzeczy i słowa
                   oto nowa miłość
                   co nie porusza serca
                   ani słońca ani gwiazd
                   oto nowa poezja
                   słowa zamieniły się w słowa
                   i nie ma kresu
                   "możliwościom
                   człowieka"


                             (więc jednak żyje się pisząc wiersze za długo?, "Płaskorzeźba" 1991)



Milcząc "mówimy", rozmawiamy ze sobą "w sercu swoim". Milczenie to "dialog", w którym Ja przyzywa Mnie. Milczenie jest szansą na odkrycie w sobie "siebie wewnętrznego", umożliwia duchową pracę nad sobą, jest wybawieniem od udręczającego dialogu, szczególnie dotkliwego w zagonionym stadzie szarych zjadaczy chleba, kiedy bowiem przestaje się wreszcie "istnieć wśród innych", to zaczyna się spadać we własną tożsamość, w "ja jestem", w to, co tak łatwo utracić we współczesnym, zdehumanizowanym świecie wielkich aglomeracji; można na powrót odzyskać świadomość samego siebie, nie takiego, jakim sobie i innym się przejawia (aby sprostać wyzwaniom codzienności, żądaniom i potrzebom "rynku osobowości"), ale jakim się po prostu jest. Mowa wewnętrzna sprawia, że człowiekowi przestaje "brakować siebie". W milczeniu spotykamy się z "innym", który okazuje się dla nas bardziej cielesny niż cały ten uprzykrzony dookolny świat: z sobą. Ale Różewicz dostrzegał zagrożenia czyhające na jednostkę, bogatą mądrością płynącą z jej własnego jestestwa, chcącą się tą mądrością podzielić dla dobra ogółu - to rozplenieni wszędzie handlarze słowami i ideami: politycy, działacze, publicyści. Przekształcają oni żywą "mowę zewnętrzną" - ideę, która "z ust filozofa / wychodzi czysta / daleka / od "rzeczywistości" / jak dusza od ciała" (z ust do ust, "zawsze fragment. recycling", s. 75), mowę, która mogłaby spajać wspólnotę w martwą gadaninę, w niewyczerpane źródło chaosu i nieprawości. Polityk, kapłan, działacz "przeżuwa" ideę i "wypluwa na głowy / obywateli", "z ust polityka / wyjmuje ideę / dziennikarz" i "wydala przez środki / masowego przekazu"; w ten sposób "idea sięga bruku", "na oczach / oniemiałego świata / zamienia się / w narzędzie zbrodni" (wszystkie cytaty z wiersza Z ust do ust). Nieprzypadkowo więc "ja" autorskie w zakończeniu tego wiersza przywołało takie oto słowa: "Nie to, co wchodzi do ust / czyni człowieka nieczystym, / ale to, co z ust wychodzi / to go czyni nieczystym..."

Uporczywym "zaśpiewem" drugiej części recyclingu (Złoto) uczynił Różewicz niedorzeczne stwierdzenie, powracające jak bumerang w prasie antysemickiej, jakoby Holokaustu nie było:


                 coraz częściej czyta się o tym
                     w postnazistowskich niemieckich gazetach
                     w gazetach amerykańskich
                     w polskojęzycznych gazetach "narodowych"
                     czyta się przedruki z obcojęzycznych
                     gazet że Holokaustu nie było


W czczym bełkocie pomyleńców i w wykalkulowanym plugastwie pseudonaukowych dysertacji kiełkuje złowieszczo perz ksenofobii. Te bezkarnie powtarzane po wielokroć kłamliwe enuncjacje (zacytujmy jeszcze raz recycling: "Holokaustu nie było / wymyślili go żydowscy / lichwiarze bankierzy i komuniści / przyłączyli się do nich cyganie") znajdują odzew u rozgorączkowanych "ideowo" młodzieńców:


                  coraz częściej czyta się na murach
                      naszych miast napisy po polsku
                      "żydzi do gazu" i po niemiecku "Juden raus"
                      to lekkomyślni młodzieńcy
                      to źle wychowani chłopcy dzieci
                      rysują gwiazdę dawida
                      powieszoną na szubienicy

                                                (recycling)



Cdn.